Pieniądze to nie wszystko: Impel pożegnał się z marzeniami o medalu

Choć siatkarski Impel dysponował jednym z największych budżetów w Orlen Lidze, to drużyna z Wrocławia zakończy sezon bez medalu. To spory zawód, o którym zadecydowały: dramatyczna postawa w sezonie zasadniczym, błędy transferowe i kłopoty kadrowe.
W weekend podopieczne trenera Tore Aleksandersena dwukrotnie przegrały z faworyzowanym Tauronem Dąbrowa Górnicza i tym samym nie awansowały do finału play-off. Wrocławianki porażkę z mocniejszym rywalem poniosły niejako zgodnie z oczekiwaniami, ale rozczarowania z powodu ich występów w całym sezonie przysłaniać to nie powinno.

W Impelu przed rozgrywkami nie tylko bowiem planowano, że drużyna włączy się w walkę o medale, ale klub było na to stać. Dosłownie i w przenośni. Wrocławianki wspierane przez możnego i hojnego właściciela dysponowały bowiem budżetem wysokości około 6 mln zł, czyli według wielu drugim w siatkarskiej ekstraklasie. Z tych pieniędzy nie zrobiono jednak właściwego użytku, a teraz zespół może walczyć jedynie o miejsca 5.-8. Rywalizacja o te nic nieznaczące lokaty rozpocznie się 6 kwietnia. - Nie ma co ukrywać, że po naszych występach jest niedosyt, ale sami jesteśmy sobie winni, że musieliśmy grać z Tauronem już w pierwszej rundzie play-off - przyznaje prezes Impelu Jacek Grabowski.

Nie było liderki

O tym, że trwający jeszcze sezon zakończył się dla wrocławskiego klubu rozczarowaniem, w dużej mierze zadecydował fatalny początek ligi. Wrocławianki pod wodzą poprzedniego trenera Rafała Błaszczyka wygrały ledwie trzy spotkania, nie tylko nie potrafiły rywalizować z najlepszymi, ale i notowały sportowe wpadki. Na domiar złego z drużyny musiała odejść holenderska rozgrywająca Kim Staelens, która nie tylko nie okazała się zapowiadaną gwiazdą Impelu, ale w pewnym sensie była również dla drużyny obciążeniem. Przyjście, najpierw serbskiej rozgrywającej Mai Ognejnović, a potem norweskiego trenera Tore Aleksandersena sytuację poprawiło, lecz całkowicie jej nie uratowało. Warto bowiem pamiętać, że choć drużyna zaczęła grać lepiej, wygrywała nawet z faworytami czy dostała się do półfinału Pucharu Polski, to w tabeli zajęła dopiero siódme miejsce. A to właśnie zmusiło ją do szybkiej gry z drugim w stawce Tauronem.

Z nim wrocławianki były w stanie wygrać jedno spotkanie. O zwycięstwie w trzech nie było mowy, szczególnie gdy podopieczne Norwega nie były w stanie rozstrzygać na swoją korzyść zaciętych końcówek setów czy meczów. - Tauron radził sobie w takich chwilach doskonale. Pokazały to chociażby dwa zwycięskie mecze w Pucharze Polski, które dąbrowianki wygrały po pięciosetowej batalii. My tej umiejętności nie mamy. Nie wypracowaliśmy w sobie siły wewnętrznej i nie potrafiliśmy się przełamać. Nie było liderki, dlatego kogoś takiego będziemy szukać już w kontekście przyszłego sezonu - analizuje Grabowski.

Wyrwa na przyjęciu

Tak naprawdę już z perspektywy porażki z Tauronem można powiedzieć, że kadrowo Impelowi zabrakło znacznie więcej. Wrocławska drużyna, jak na posiadane fundusze została zbudowana źle. Trener Błaszczyk liczył, że swój potencjał zaprezentuje wreszcie przyjmująca Milena Rosner, która po urlopie macierzyńskim wyraźnie nie mogła dojść do siebie w poprzednim sezonie. Nie doszła także i w obecnym. Rozczarowaniem okazało się ściągnięcie wspomnianej wcześniej Staelens i transfer młodej Patrycji Polak. Przy słabej dyspozycji pierwszej i ostatniej z wymienionych zawodniczek oraz kontuzji Katarzyny Jaszewskiej Impel miał ogromną dziurę na pozycji przyjmującej, która w siatkówce jest jedną z najważniejszych.

To dlatego trener Aleksandersen musiał z konieczności przesunąć na nią Katarzynę Konieczną, która wcześniej odpowiadała jedynie za atak. W jej miejsce do składu weszła doświadczona Katarzyna Mroczkowska. Tym samym pierwszą szóstkę jakoś udało się jeszcze jakoś sklecić, ale z rezerwy biła już kompletna pustka. - Moim zdaniem o naszej porażce z Tauronem zadecydowała właśnie nieobecność Jaszewskiej, która była dla zespołu kluczową siatkarką. Proszę pamiętać, że dwa lata temu została wybrana najlepszą zawodniczką polskiej ligi. Poza tym Katarzyna Mroczkowska, która od lat jest podporą zespołu, miała w ostatnim czasie sporo problemów zdrowotnych. Męczyły ją choroby, różnego rodzaju urazy i nie była w stanie pomóc drużynie tak, jak byśmy chcieli - wyjaśnia prezes, który dodaje: - Przewagą Tauronu była także cała ławka zespołu z wartościowych zmienniczek, które są w stanie wejść na boisko i jeszcze dodać coś od siebie.

Teraz wrocławianki muszą dograć sezon do końca, a klubowi działacze powinni rozpocząć już przymiarki do budowy drużyny na nowy sezon.