Bez Polaków mundial we Wrocławiu trochę przygasł

Bez Polaków siatkarski mundial we Wrocławiu wygląda inaczej, jeśli chodzi o oprawę zdecydowanie przygasł. Sportowo warto popatrzeć na prężących muskuły mistrzów olimpijskich Rosjan, którzy na początek zdemolowali Finlandię.
Dotąd mistrzostwa świata miały u nas odcień biało-czerwony, oczywiście ze względu na występy gospodarzy. Teraz nieco wyblakły. W Hali Stulecia w rozpoczętej drugiej fazie turnieju nie ma już cheerleaderek reprezentacji Polski, nie ma turniejowych maskotek, nie ma telebimów w hali, nie ma spikera z werwą zachęcającego kibiców do zabawy. Jest jakby nieco smutniej. Ale frekwencja na pierwszym meczu grupy F była niezła. Mecz mistrzów olimpijskich Rosjan z Finami oglądało prawie 4 tys. fanów. Dodatkowo kolorytu spotkaniu dodawali kibice z Finlandii. Nie było ich wprawdzie tylu ilu na pierwszej fazie w Katowicach, ale jednak kilkuset. Ubrani i wymalowani w niebiesko-białe barwy narodowe, z flagami albo specjalnymi okularami czy perukami.

Nie umiesz odpowiedzieć, to cię zniszczą

- Na mistrzostwa poświęciłem urlop. Przyjechałem kibicować reprezentacji, bo sam kiedyś grałem w siatkówkę. Ta dyscyplina nie jest jednak u nas specjalnie popularna. Dominuje oczywiście hokej na lodzie - opowiadał Matti Rasala, który na mecz przyjechał z Oulu. Jakieś 1,6 tys. kilometrów od Wrocławia.

Oczywiście wcześniej zahaczył o Katowice. - To będzie bardzo trudny mecz - przewidywał, nim spotkanie z Rosją się rozpoczęło. Że będzie aż tak trudne i ekspresowe, chyba się nie spodziewał. Rosjanie rozbili Finów w godzinę i 20 minut. Właściwie najdłużej w spotkaniu trwała konsultacja sędziów przy jednej ze zmian w trzecim secie. Samo granie toczyło się w mgnieniu oka - na początku pojedynku Finowie przegrywali już 1:13!

Skandynawowie wyglądali na wystraszonych tym, że przychodzi im mierzyć się z blokiem, w którym centralną postacią jest Dimitrij Muserskij - najwyższy siatkarz turnieju, liczący 218 centymetrów wzrostu. Muserskij dotykał niemal każdej piłki uderzanej przez Finów, notował spektakularne bloki, a gdy rywale chcieli go ominąć, pakowali piłkę w aut. W ataku był właściwie nie do zatrzymania. W pierwszym secie istniała obawa, że podopieczni trenera Toumasa Sammelvuo przegrają partię najwyżej w turnieju, czyli zdobędą osiem punktów albo mniej. Ostatecznie przegrali do 10. W kolejnych setach do 18 i 16.

- Cóż, byliśmy zaskoczeni tym, że Rosjanie zagrali aż tak wyśmienicie, dobrze bronili, serwowali, mieli świetny blok. My nie potrafiliśmy odpowiedzieć. A jeśli nie umiesz odpowiedzieć, to Rosjanie cię zniszczą - mówił kapitan Finów - Anttii Siltala.

Lepiej niż w Gdańsku

Trener Toumas Sammelvuo narzekał: - Przegraliśmy bardzo wyraźnie i to dla nas źle. Mieliśmy problemy w przyjęciu i w ataku, ale nawet grając z tak silnym rywalem, powinniśmy znaleźć na to rozwiązanie.

Ostatecznie Finowie rozwiązania nie znaleźli. Nie mogli, bo Rosjanie prezentowali się bardzo solidnie. - Mówiłem moim zawodnikom, że musimy być skoncentrowani od pierwszych piłek. Tak właśnie się stało. Podobnie musimy grać w kolejnych spotkaniach - podkreślał selekcjoner Rosjan Andriej Woronkow.

Jego podopieczni zostali we Wrocławiu przyjęci chyba lepiej niż w Gdańsku. Właściwie obyło się bez gwizdów, buczenie było słychać tylko wtedy, gdy zagrywał Muserskij. Ale to raczej po to, by pomóc wystraszonym Finom. Po rosyjskim hymnie były brawa.

Więcej o: