Trenerskie starcie dwóch odmiennych osobowości: Ryszard Tarasiewicz kontra Orest Lenczyk

Pierwszy sukcesów sportowych pożąda, drugi ma inne priorytety. Pierwszy pragnie wreszcie pokazać się w europejskich pucharach, drugiego rozgrywki europejskie raczej napawają strachem. Trenerskiego pojedynku Ryszarda Tarasiewicza i Oresta Lenczyka nie mogę się już doczekać. Dziś Zagłębie Lubin zagra z Zawiszą Bydgoszcz w finale Pucharu Polski
Przyznam, że na piątkowy finał Pucharu Polski pomiędzy Zawiszą a Zagłębiem jadę do Warszawy z ogromną przyjemnością. Nad Stadionem Narodowym będzie unosił się podczas tego spotkania duch Śląska Wrocław - klubu, w którym Tarasiewicz i Lenczyk spotkali się po raz pierwszy i po raz ostatni.

Na początku lat 80. pierwszy z nich był talentem dopiero wchodzącym do wrocławskiego zespołu, drugi jego dość młodym szkoleniowcem, ale już z sukcesami. Potem obaj byli już trenerami Śląska, i to jednocześnie: Tarasiewicz szkoleniowcem zawieszonym po porażkach, Lenczyk urzędującym - ze świetnymi wynikami.

To właśnie we Wrocławiu podpatrywałem pracę obu, byłem przy ich największych sukcesach, ze szczególną uwagą obserwowałem charaktery, osobowości. Przyznaję, że fascynujące, i aż trudno pojąć, jak bardzo różne od siebie.

Gdy Ryszard Tarasiewicz zdobywał w 2009 roku Puchar Ekstraklasy - trofeum najmniejsze z najmniejszych, miałem wrażenie, że piłkarze są w niego wpatrzeni jak w obrazek. Gdy Orest Lenczyk zostawał ze Śląskiem mistrzem Polski, zawodnicy z trudem go tolerowali. Dlaczego? Bo Tarasiewicz potrafi wytworzyć wokół siebie kult wodza - Sebastian Mila wprost mówi o sobie, że jest jego żołnierzem.

Lenczyk to z kolei raczej zarządca szatni, jego bardziej niż wielkie słowa interesuje zwykły trening. Nie wstydzi się poprzestawiać pachołków, pobiegać razem z zawodnikami. Dodatkowo Tarasiewicz mówiąc, najczęściej podkreśla "ja" - ściągając z piłkarzy presję. Drugi używa formy "oni", przerzucając odpowiedzialność na graczy. Dzieje się tak, dodajmy, i przy porażkach, i przy sukcesach.

Sporo rozmawiałem z ludźmi, którzy współpracowali z oboma trenerami. Pytałem głównie o Lenczyka, naturalnie w dyskusję wchodził wątek jego poprzednika Tarasiewicza. Jak się okazuje, to z Tarasiewiczem, przy papierosie czy szklance whisky, można było parę lat temu do nocy rozmawiać o "wielkim Śląsku".

Drugi szkoleniowiec, który faktycznie ten "wielki Śląsk" prowadził - jako zatwardziały abstynent i niepalący - w tym samym momencie wolał opowiadać o muzyce klasycznej i swojej rodzinie. To ona, a nie polska piłka, jest dla Oresta Lenczyka absolutnie najważniejsza i nie ma tu nic do rzeczy, że to właśnie w futbolu trener pozostaje od 40 lat. Dla niego to praca niemal jak każda inna.

Pewnie właśnie stąd wynika największa różnica między trenerami: Ryszard Tarasiewicz sukcesu sportowego wręcz pożąda, w europejskich pucharach pokazałby się choćby i zaraz, prowadzenia reprezentacji Polski domagał się niemal jeszcze jako trenerski żółtodziób.

Lenczyk ma inne priorytety. Odnoszę nawet wrażenie, że grać w Europie nawet nie lubi. Wie, że przy poziomie naszych drużyn szanse na powodzenie są minimalne, a na zwolnienie duże. Kiedy zapytałem go, co czuje, prowadząc wrocławian w pucharach, odpowiedział wprost: - Strach. Bo to nie Śląsk i nie Lenczyk gra. To Polska gra.

Niezależnie od wyniku finału Pucharu Polski trener Lenczyk pewnie już się bał nie będzie - nie wierzę, by dano mu poprowadzić Zagłębie w Lidze Europy. Jeśli zwycięży, stanie się jednak jednym z najbardziej utytułowanych szkoleniowców w Polsce - wygra wszystko, co jest w kraju do wygrania: do wicemistrzostwa, mistrzostwa i Superpucharu Polski dołoży jeszcze Puchar Polski, którego w kolekcji wciąż nie ma. I to w wieku 72 lat.

Tylu lat pracy i sukcesów życzę też Ryszardowi Tarasiewiczowi.